Logo Garbatka ZSP

News

News zdjęcie id 274

Paweł, Krystian i Marta na Warsztatach Recytatorskich w Warszawie

30.10.2019

 

 

Jeśli ktoś  zauważył  w piątek 25 października nieobecność w szkole Marty Bednarczyk, Pawła Wójcika, (kl. III TL) i Krystiana Flisińskiego (kl. II TL), to dlatego, że pojechali  do Warszawy, do Domu Kultury „Kolorowa”, na warsztaty przygotowujące do XVII Mazowieckiego Przeglądu  Recytatorskiego  Jednego Poety. Przegląd twórczości Adama Zagajewskiego. Impreza ma charakter otwarty, w konkursie może wziąć udział młodzież i dorośli z województwa mazowieckiego.

            Warsztaty recytatorskie, odbywające się w DK „Kolorowa” na warszawskim Ursynowie, prowadził Antoni Baniukiewicz. Z założenia miały wprowadzić uczestników  konkursu w atmosferę poezji Adama Zagajewskiego, przedstawić ogólne zasady recytacji, pomóc w wyborze utworów.

            Zbieżność nieprawdopodobna,  bo przecież znane są nam związki pana Antoniego Baniukiewicza z Garbatką-Letnisko, gdzie  także  mieszka.

            Dla zainteresowanych przypominamy wywiad z Antonim Baniukiewiczem w „Mojej Garbatce”. A Marcie, Pawłowi, Krystianowie życzymy sukcesów 6 listopada i  później spotkania z  wybitnym poetą  Adamem Zagajewskim.  

 Fot. Krystian Flisiński (kl. II TL)

 

 (ed)

 

***

 

„Teatr był moim domem”  Z reżyserem teatralnym Antonim Baniukiewiczem rozmawia Marek Sierocki

 

Jest Pan reżyserem teatralnym z dużym dorobkiem artystycznym, z wielką ilością realizacji scenicznych i olbrzymim doświadczeniem reżyserskim w kraju i zagranicą. Był Pan także dyrektorem kilku teatrów, a jednak po trzydziestu paru latach pracy twórczej osiadł Pan w Garbatce?

 

Mieszkańcy Garbatki, o ile mnie znają, to raczej jako nauczyciela języków: polskiego i niemieckiego. Bo rzeczywiście w ciągu paru ostatnich lat mojej pracy zawodowej zajmowałem się w gościnnej Garbatce nauczaniem tych właśnie języków. Ale był to jedynie niewielki fragment mojej pracy. Jestem człowiekiem dwóch zawodów i jeden z nich, ten chronologicznie nabyty jako pierwszy, wykonywałem dopiero tutaj. Ukończyłem kiedyś Wydział Filologiczny na Uniwersytecie Warszawskim (filologia polska i klasyczna), co dało mi uprawnienia nauczycielskie, potem jednak odbyłem drugie studia - na Wydziale Reżyserii Dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (dzisiaj Akademia Teatralna). Rozpocząłem je w roku 1968, pamiętnym z wypadków marcowych i poprzedzającego je sławetnego przedstawienia „Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Trochę przez przypadek byłem na tym właśnie przedstawieniu, po którego zakończeniu studenci poszli złożyć kwiaty pod pomnikiem wieszcza na Krakowskim Przedmieściu. Można powiedzieć, że w moim przypadku historia zatoczyła koło, ponieważ przed kilkoma dniami uczestniczyłem również w Narodowym w uroczystości z okazji 40. rocznicy tamtego wydarzenia.

 

A więc zdecydował się Pan zdawać na reżyserię mając już studia za sobą?

 

Tak, bo żeby w ogóle można było zdawać na reżyserię, trzeba było mieć już jeden dyplom w kieszeni. Reżyseria, polegająca m.in. na kierowaniu grupą ludzką, wymaga po prostu pewnej dojrzałości życiowej, a do tego znajomości kultury, zwłaszcza literatury. Ja byłem na ośmioosobowym roku, a skończyłem jako jedyny z tego grona. I w związku z tym mam dwa zawody: filolog i reżyser dramatu. Z czterdziestu lat pracy, jakie zostały mi zaliczone na poczet emerytury, trzydzieści kilka to praca w teatrze. Większość z tej trzydziestki, niemal dwadzieścia lat, był to czas sprawowania przeze mnie funkcji dyrektora naczelnego i artystycznego bądź artystycznego kolejno w pięciu teatrach Polski (Grudziądz, Tarnów, Gorzów Wlkp., Gdynia, Elbląg). Przyjąłem zasadę, że co cztery- pięć lat należy zmienić teatr, po to, by samemu się nie znudzić i nie znudzić sobą miejscowej publiczności. Praca dyrektora daje pewną swobodę działań twórczych, pozwala kształtować dany teatr zgodnie z własnymi wyobrażeniami, ale też wymaga sporych poświęceń. Chcąc zdobyć jak najlepszych kolegów reżyserów, proponowałem im często wiodące pozycje repertuarowe, takie, które chętnie zrealizowałbym osobiście, sam zaś ograniczałem się do tytułów drugoplanowych. Oczywiście nie zawsze, bo przecież chciałem mieć frajdę reżyserując i to, co mnie najbardziej pociągało.

 

Jaki był główny kierunek Pana teatralnych zainteresowań?

 

Po studiach polonistycznych byłem dość dobrze przygotowany do pracy w teatrze. Wyrobiłem sobie własne spojrzenie na polską historię, tradycję narodową i kulturę. Szczególnie interesował mnie fenomen - że tak powiem - dwoistości polskiej duszy, któremu tak wyraźne świadectwo daje niemal cała nasza wielka literatura, a zwłaszcza dramaturgia. A więc jak to jest, że polska wielkość tak nierozdzielnie graniczy z małością, że drugą stroną bohaterstwa bywa tak często anarchia, że odwaga rozmywa się w tchórzostwie i słabości, a wzniosłość myśli łączy się z kunktatorstwem i niedojrzałością? Jak to jest, że - dla przykładu - Konfederacja Barska, ogromny, szczerze patriotyczny zryw niepodległościowy, była zarazem najbardziej ciemnym, najbardziej kołtuńskim czynem naszej historii? Jak to jest, że bohaterowie napoleońscy, zasiadłszy w wygodnych fotelach urzędników carskich, z chłodną premedytacją ukatrupili Powstanie Listopadowe? A ksiądz Skarga - katolicki święty i żarliwy, aż do bólu patriota, gromko głosił, że przyczyną wszystkich nieszczęść Polski jest obecność na jej terenie innowierców. I tak można by długo. O tym przecież, głównie o tym, pisali nasi najwięksi - od Kochanowskiego po Gombrowicza i dalej. Reżyserowałem więc najchętniej tę właśnie dramaturgię - w swoim własnym zakresie przeorałem ją niejako od początków do współczesności. Niemcewicz, Bogusławski, Słowacki, Fredro (także!), Wyspiański, Miciński Żeromski, i tak dalej, aż po Iredyńskiego, Grochowiaka i Mrożka. Spośród ponad osiemdziesięciu przedstawień, jakie zrobiłem, znacząca część opierała się na tym właśnie kanonie.

   Drugim problemem, do którego wielokrotnie wracałem reżysersko, to zasadnicze uwarunkowania i zagadki psychiki ludzkiej, zwłaszcza te mroczne zakamarki naszej duszy. To był powód, dla którego brałem na warsztat Eurypidesa, Szekspira, Moliera, Dostojewskiego, Pirandella, Strindberga, Maeterlincka czy Geneta. Wielu tytułów, które chodzą za mną do dziś, nie udało mi się zrealizować. Ot, na przykład „Księdza Marka” Słowackiego. To właśnie sztuka o polskim bohaterze-szaleńcu i Konfederacji Barskiej. Pojechałem nawet na Ukrainę, obejrzałem miejsca, w których toczy się akcja tego wspaniałego dramatu, ale… ostatecznie zabrakło mi aktora, który mógłby ponieść ciężar ogromnie trudnej roli tytułowej. Zamiast tego zrobiłem wówczas inny, niegorszy dramat Słowackiego - „Sen srebrny Salomei”, osnuty na historii rzezi humańskiej.

   Pracowałem również za granicą. Reżyserowałem we Francji, w Niemczech i na Litwie. W dzisiejszym Chemnitz (dawniej Karl-Marx-Stadt) wystawiłem „Damy i huzary” Fredry. (Nawiasem mówiąc, trafiłem tam dzięki sugestii mego starszego kolegi, pochodzącego z Garbatki, śp. Andrzeja Ziębińskiego, świetnego reżysera, dyrektora kilku teatrów, a wreszcie dyrektora departamentu w Ministerstwie Kultury i Sztuki). Była to prapremiera niemiecka, bodajże w roku 1973. Pamiętam taką scenkę. Pracowałem z aktorami systemem opartym na metodzie Stanisławskiego. Poległo to na tym, że reżyser wraz z całym zespołem dokonywał analizy tekstu jeszcze przed rozpoczęciem prób sytuacyjnych na scenie. Niemieccy aktorzy tego nie znali. Oni wchodzili na scenę z jako tako nauczonym tekstem, którego analiza odbywała się dopiero podczas grania na próbach pomiędzy działaniami scenicznymi. Ja wolę tę pierwszą metodę, ponieważ jest bardziej systematyczna.

 

Ale ta słynna metoda Stanisławskiego to chyba więcej niż tylko analiza tekstu?

 

O tak, to jest cały system pracy aktorskiej i reżyserii. W XX wieku były trzy takie wielkie szkoły czy systemy teatralne: Stanisławskiego, Brechta i Grotowskiego. Dzisiejszy teatr czerpie głównie z tych trzech systemów, choć sięga również i do innych tradycji. A więc prowadziłem z aktorami niemieckimi takie próby, do których oni podchodzili z pewną rezerwą i zdziwieniem. Opowiadałem im przy tym o Polsce, o sytuacji w jakiej powstała ta sztuka, o filozofii Fredry (bo każdy dobry pisarz ma jakąś swoją własną filozofię czy - mówiąc skromniej - widzenie świata). I dobrze pamiętam ostatnią próbę analityczną. Wieczorem przychodzę do teatru, wchodzę do sali, w której zebrał się już cały zespół. Było jakoś dziwnie cicho, aż mnie to zaniepokoiło. Myślę sobie: oho, coś tu nie tak. Podchodzę do stolika już nieco spięty. A wówczas wstaje aktor grający główną rolę majora i mówi: - Panie reżyserze, ja chciałbym złożyć panu w imieniu całego zespołu pewną deklarację. Wie pan, jak myśmy zaczynali pracę nad tą sztuką, to wydawało nam się, że mamy grać jakąś starą ramotę z Polski, a pan nam uświadomił, że jest to świetna komedia i mamy w niej znakomite role. Więc będziemy to grać z przekonaniem i pełnym sercem. I wtedy cały zespół zaczął bić brawa. Zrobiło mi się tak jakoś... wilgotno w oczach. I muszę przyznać, że ci niemieccy aktorzy grali bardzo chętnie i dobrze Fredrę. Przedstawienie nasze pokazała zresztą telewizja ogólnoniemiecka. Potem, wiele lat później, w teatrze we Frankfurcie (1988-98) wystawiałem „Żegnaj Judaszu” Iredyńskiego. I za to teatr dostał nagrodę na festiwalu w Poczdamie.

Pracowałem też na Litwie w latach 90., w Polskim Teatrze w Wilnie. Delegowany tam byłem przez nasze Ministerstwo Kultury i Sztuki. Zrobiłem tam jubileusz 200-lecia urodzin Aleksandra Fredry, wystawiając „Pana Jowialskiego”. Na premierze byli wysocy urzędnicy, zarówno ze strony polskiej, jak i litewskiej. Zrobiłem też w Wilnie jubileusz 200-lecia urodzin Adama Mickiewicza. Przygotowałem na tę okazję „Pana Tadeusza” we własnej adaptacji. Graliśmy go w Teatrze na Pohulance. Przed wojną był to teatr polski, w którym pracował Juliusz Osterwa. Polacy pobudowali ten teatr z własnych składek w początkach XX wieku. Pamiętam premierę, na której byli wysocy notable z Ministerstwa Kultury i władz państwowych, nasz ambasador i kwiat inteligencji polskiej w Wilnie. Gdy pod koniec przedstawienia padły słowa inwokacji: „Litwo, ojczyzno moja...” cała sala niespodziewanie wstała i po twarzach polały się łzy. Trzy lata temu zrobiłem tam jeszcze komedię Hemara „Pierwiastek z minus jeden”.

No i jeszcze jeden epizod. W Wilnie, w tak zwanej celi Konrada w dawnym klasztorze oo. bazylianów, gdzie przez parę miesięcy więziony był Mickiewicz, i gdzie rozgrywa się akcja sceny więziennej III części „Dziadów”, przygotowałem wieczór poezji Norwida - w wersji polskiej i białoruskiej, bo trafiłem na znakomite białoruskie przekłady tego poety. Uznano to za znaczące wydarzenie kulturalne w stolicy Litwy.

Wszystkiego zresztą nie da się opowiedzieć, tyle to lat, teatrów, scen, ludzi, tytułów, czasami i sukcesów. Tak to w moim życiu było z teatrem, mogę powiedzieć, że był on moim domem. Mówię: był, bo w ostatnich latach trochę od niego odstałem, chociaż już będąc z rodzinnych względów tu, w Garbatce (stąd pochodzi moja żona), reżyserowałem w teatrze wileńskim, a w Polsce - w Płocku.

 

A co Pan sądzi o obecnym stanie teatru w Polsce?

 

Niewątpliwie mamy grupę zdolnych reżyserów młodego pokolenia, nie chcę podawać nazwisk, bo to dla mnie sytuacja niezręczna. Z aktorami już jest gorzej, chyba za bardzo gonią za karierą, zwłaszcza serialową. A już boleję nad tym, że brakuje dobrych, współczesnych tekstów dramatycznych, które odpowiadałyby na nurtujące współczesność dylematy. Te teksty, które znam, to jednak literatura drugo- i trzeciorzędna.

 

A czy współczesne środki wyrazu np. Internet, video-art. i inne nie są zagrożeniem dla teatru?

 

Nie sądzę. Teatr przetrwa wszelkie kryzysy i zagrożenia. Uważa się powszechnie, że jest to najbardziej ludzka ze wszystkich sztuk, bo tworzona każdorazowo ad hoc, na żywo przez człowieka. I zawsze komuś jest i będzie potrzebna. Wszystkim nam jest przecież wrodzona potrzeba zabawy, a spora część ludzi nie wypiera się także i myślenia. Dodajmy do tego jeszcze pewne właściwe człowiekowi potrzeby estetyczne. Te wszystkie potrzeby zaspokaja właśnie teatr. Wierzę więc, że licząca w naszym kręgu kulturowym dwa i pół tysiąca lat tradycja teatru europejskiego będzie trwała, dopóki będzie trwała kultura. Jednak czy i w jakim stopniu teatr jest i będzie w stanie odpowiadać na kluczowe pytania danej chwili dziejowej, to już inna sprawa. Współczesna rzeczywistość przynosi coraz nowe zdobycze, ale i rozczarowania. Na przykład szklane domy zarysowane już w wizji Żeromskiego są jednak tylko dla niektórych. Czy teatr nasz potrafi niejako po Szekspirowsku, syntetycznie, z lotu ptaka ukazać polską obecną rzeczywistość?

 

Pan chodzi obecnie do teatru jako widz?

 

Tak, chodzę, ale bez entuzjazmu. Od dawna nie widziałem przedstawienia, które by mnie zachwyciło.

 

Chcę Pana zapytać jeszcze o Pana doświadczenia literackie, translatorskie.

 

To są rzeczy marginalne, hobbystyczne, można powiedzieć. Nieco dla zabawy językowej przetłumaczyłem kilkanaście książek z francuskiego i niemieckiego, głównie o tematyce historycznej. Znam jako tako ze cztery języki obce (uczyłem się chyba z ośmiu), nawet obecnie, pół roku temu postanowiłem nauczyć się jeszcze hiszpańskiego, żeby rozumieć niezwykle ciekawe hiszpańskie programy satelitarne. No i czytam już bez specjalnego kłopotu hiszpańską literaturę. A praktycznie znajomość języków przydaje mi się teraz do dogadywania się z zięciem, który nie mówi po polsku. Oboje z moją córką skończyli studia w Kanadzie i teraz mieszkają na końcu świata, nad Pacyfikiem w Vancouver. Odwiedziłem ich, gdy jeszcze mieszkali nieco bliżej, w Niagarze, przy okazji pojechałem do brata na Florydę i bratanka w Nowym Yorku. Teraz, kiedy mam już sporo wolnego czasu, będę mógł znowu, co jakiś czas, pojechać z żoną za ocean.

 

Co by pan zmienił w Garbatce?

 

Garbatka to ładna miejscowość, jest dogodnie położona i ma wszelkie dane, by stać się znanym miejscem wypoczynkowym. Tyle że jakby brakowało wciąż wyraźnego pomysłu, jak do tego doprowadzić. Być może przeszkodą są tu pieniądze. Ale wierzę, że w miarę jak wszyscy będziemy obrastać w piórka, znajdą się i środki na to, żeby piękna Garbatka także w pełni wykorzystała swoją szansę. Chętnie w niej przebywam, szczerze więc jej tego życzę.

 

Antoni Baniukiewicz - reżyser teatralny, tłumacz z literatury francuskiej i niemieckiej. Ukończył Wydział Filologii Polskiej UW, Studium Filozofii UW i Podyplomowe Studia Reżyserii Dramatu w PWST w Warszawie. Praca: 1968-71 Teatr Polski w Warszawie; 1972-73 Teatr im. Żeromskiego, Kielce/Radom; 1973-74 Lubuski Teatr im. Kruczkowskiego, Zielona Góra; 1974-75 Teatr im. Siemaszkowej, Rzeszów; 1975-79 Teatr Ziemi Pomorskiej, Grudziądz, dyr. nacz. i art.; 1979-84 Teatr Ziemi Krakowskiej im. Solskiego, Tarnów, reż. z-ca dyr.; 1984-88 Teatr im. Osterwy, Gorzów Wlkp., dyr. nacz. i art.; 1989-91 Teatr Dramatyczny, Gdynia, dyr. nacz. i art.: Teatr Dramatyczny, Elbląg, kier. art.; Wyreżyserował przedstawienia: Intryga i miłość F. Schillera, 1970; Celestyna F. Rojas, 1973, Teatr Ziemi Opolskiej w Opolu; Damy i huzary A. Fredro, 1973; Teatr w Chemnitz (dawn. Karl-Marx-Stadt); Bezsenność L. Fletchera, 1973; Teatr Zagłębia, Sosnowiec; Księżniczka na opak wywrócona Calderona; Klik-klak, 1974; Teatr im. Siemaszkowej, Rzeszów; List z tamtego świata K. Makuszyńskiego; Teatr Polski, Poznań, Sen srebrny Salomei J. Słowackiego, Teatr im. Żeromskiego, Kielce/Radom; Romeo i Julia W. Shakespaere’a, 1973; Małanka, T. Małkiewicz-Urbanowicz, 1979; Śluby panieńskie A. Fredro, 1980; Niebieskie konie na... M. Szatrow 1980; Sen srebrny Salomei J. Słowacki, 1981; Twarze ludzi i twarze Boga wg Karola Wojtyły, 1981; Porwanie F. Veber, 1982; Umrzeć ze śmiechu J. Janczarskiego, 1982; Niezwykła przygoda J. Odrowąża, 1983; Pelikan A. Strinberga, 1983; Śniadanie R. M. Grońskiego, 1984, Teatr Ziemi Krakowskiej, Tarnów; Taniec śmierci A. Strindberga; Romans biurowy E. Bragińskiego, E. Riazanowa, 1975; Rodeo A. Ścibora-Rylskiego, 1975; Turoń S. Żeromskiego, 1976; Ktoś nowy M. Domańskiego, 1976; Ania z Zielonego Wzgórza L. M. Montgomery, 1976; Wieczór Trzech Króli W. Shakespaere’a, 1977; Uczta morderców A. Wydrzyńskiego, 1977; Henryk IV L. Pirandello, 1978; Świadkowie albo nasza mała... T. Różewicz, 1978; Rozmowy z katem K. Moczarski, 1978; Dama Kameliowa A. Dumas, 1979, Małanka, T. Małkiewicz-Urbanowicz, 1979; Teatr Ziemi Pomorskiej, Grudziądz; Niemcy L. Kruczkowskiego, 1974, Zbrodnia na wyspie kóz B. Ugo, 1974 Lubuski Teatr im. Kruczkowskiego, Zielona Góra Igraszki z diabłem J. Drda, 1974; Romans biurowy E. Bragińskiego, E. Riazanowa, 1975, Ich czworo G. Zapolska, 1979; Ania z Zielonego Wzgórza L. M. Montgomery, 1981; Teatr im. Fredry, Gniezno; Hollywood, czyli święty las K. Braun, 1982; Ślepcy M. Maeterlincka, 1985; Dożywocie A. Fredro, 1985; Krakowiacy i górale, W. Bogusławskiego; Spowiedź Stawrogina F. Dostojewskiego, 1986; Okapi S. Grochowiaka, 1986; Turoń, S. Żeromskiego, 1986; Wujaszek Wania A. Czechowa, 1987; Taniec Łazarza, J. Rodiczkow, 1987; Makbet W. Shakespere’a, 1988; Indyk S. Mrożka, 1988; Remont A. i J. Kondratiuk, 1989; Teatr im. Osterwy, Gorzów Wlkp.; Żegnaj Judaszu I. Iredyński, 1988; Kleinst Theater, Frankfurt; Wieczernik E. Bryll, 1990; Hollywood czyli święty las K. Braun, 1990 (opieka reż.); Księżniczka na opak wywrócona Calderona, 1991; Teatr Dramatyczny, Gdynia; Pan Tadeusz A. Mickiewicz, 1998; Czarna komedia P. Shaffer, 1998; Damy i huzary A. Fredro, 1999; Słowicza wyspa, 1999, Teatr Dramatyczny, Elblag; Hej, na smoka W. Jarema, J. Wolski, 2000; Pierwiastek minus jeden, Hemara, 2005; Pan Tadeusz A. Mickiewicz, 2005; Teatr na Pohulance, Wilno. Tłumaczenia m.in.:Bóg i kobieta Georg Baudler; Jezus w Kaszmirze, Salcia Laudman”, I Bóg stworzył Paryż Ulrich Wickert; Pochwała miast Europy środkowej Emil Brix, Jak kontaktować się z tamtym światem Allan Kardec, Historia prostytucji Pierre Dufour.

 

Marek Sierocki - ur. w 1956 r. w Warszawie, dziennikarz, satyryk, animator kultury, autor limeryków, wielki fan jazzu (w młodości grał na gitarze basowej). Ma wykształcenie wyższe ekonomiczne, studiował również socjologię; w latach 2001-2003 redaktor wydawnictwa szwajcarskiego „Who is Who”, współautor I wydania polskiego „Who is who w Polsce”. Do tegoż wydania miał ok. 2000 osobistych spotkań z ważnymi osobistościami świata kultury, sztuki, nauki, polityki i biznesu. Jego wywiady ukazywały się w pismach, m.in. „Świat Elit”, „Twój Blues”, „Moja Garbatka” i innych. Współpracuje z portalem Dobry.Humor.pl (członek Partii Dobrego Humoru). Wraz z żoną Jagodą organizował wystawy, wernisaże i koncerty m.in. zorganizował jubileusz 35-lecia pracy twórczej artysty performera Andrzeja Mitana w warszawskim Domu Sztuki na Ursynowie. Bywalec na koncertach i festiwalach jazzowych oraz wernisażach znanych artystów. Dla „Mojej Garbatki” przeprowadził wywiady z: Andrzejem Mitanem, Tomaszem Szwedem, Katarzyną Napiórkowską, Krzysztofem Kumorem, Elżbietą Grucą, Antonim Baniukiewiczem, Ziggim i napisał  krótki tekst o Lechu Szypie.

 

 

 

 Marek Sierocki, Teatr był moim domem- rozmowa z Antonim Baniukieiwczem, Moja Garbatka”, Nr1/2(22/23) 2007/2008,   s.281-283

            

 

  

 

Dyrektor Zaprasza

Mirosław Dziedzicki

tel. (48) 621 00 47

zsdwgarbatce@poczta.onet.pl

Zobacz również

wersja językowa

Kalendarz

listopad 2019
Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
Ni
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30

Zegar

  • :
  • :
Akceptuję

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.